To miało znaczenie.
Poszliście razem na górę. Pani Herrera otworzyła drzwi drżącymi rękami. Zawiasy wydały cichy dźwięk, niemal jak westchnienie.
Pokój pachniał zamkniętym powietrzem i lawendą, która dawno zaschła w pył.
Wszystko wciąż było na swoim miejscu.
Małe łóżko z różową kołdrą. Książki na półce. Pluszowy królik siedzący prosto na poduszce. Para czerwonych butów obok szafy. Rysunki przyklejone taśmą do ściany.
Rodrigo zatrzymał się w progu.
Nie mógł wejść.
Nie popchnęłaś go.
Pani Herrera zaczęła cicho płakać.
Wszedłeś pierwszy.
Nie jako właściciel.
Nie jako ratownik.
Jak ktoś, kto wiedział, że w pokojach chorych potrzebne są okna.
Otworzyłeś zasłony.
Światło wpadło do pokoju Sofíi po raz pierwszy od trzech lat.
Rodrigo wydał z siebie dźwięk za twoimi plecami.
Kiedy się odwróciłaś, trzymał framugę drzwi, jakby była jedyną solidną rzeczą na świecie.
„Zapomniałem, że w pokoju jest poranne światło” – wyszeptał.
Skinęłaś głową.