„Zawsze tak mówisz?”
„Tylko wtedy, gdy ludzie utrudniają chorobę bardziej niż to konieczne.”
Powinien był cię zwolnić.
Zamiast tego usiadł przy kuchennym stole.
Postawiłaś przed nim miskę bezceremonialnie. Spojrzał na nią, jakby to był kontrakt, którego nie przejrzał. Potem wziął łyżkę.
Zjadł połowę.
To był pierwszy posiłek, który pani Herrera powiedziała, że skończył od tygodni.
Nie świętowałeś.
Po prostu ugotowałeś zupę następnego wieczoru.
Minęły dwa tygodnie.
A potem trzy.
Dowiedziałeś się, że Rodrigo źle spał, unikał północnego skrzydła, za dużo pracował i lekceważył troskę, jakby była obrazą. Dowiedziałeś się, że nienawidził lilii, bo wypełniły kościół na pogrzebie Any. Dowiedziałeś się, że kiedyś zbudował dla Sofii w ogrodzie mały domek do zabawy i kazał go usunąć po wypadku.
Ale nie zniszczony.
Był przechowywany w tylnej szklarni, pokryty kurzem.
Znalazłeś go przypadkiem.
Mały, biały, drewniany domek z żółtymi drzwiami.
W środku była plastikowa filiżanka, wyblakły koc i rysunek przyklejony do ściany. Trzy postacie z patyczków: mama, tata, Sofi. Wszystkie uśmiechnięte pod ogromnym, fioletowym słońcem.
Stałeś tam przez długi czas.
Potem zrobiłaś coś głupiego.
Albo odważnego.
Czasami wyglądają tak samo.
Posprzątałaś.
Nie do końca. Nie tak, jak wymazywanie przeszłości. Wytarłaś brud, umyłaś okna, strzepnęłaś koc i zostawiłaś rysunek dokładnie tam, gdzie był. Potem postawiłaś przy drzwiach małą doniczkę z nagietkami.
Następnego ranka Rodrigo ją znalazł.