Wszedłeś do biblioteki z tacą w obu rękach.
Rodrigo leżał na skórzanej sofie, z jedną ręką na piersi i zamkniętymi oczami. Jego marynarka była przewieszona przez krzesło. Na biurku, niemal na widoku, leżał luksusowy zegarek, gruba koperta z gotówką i aksamitne pudełko, na wpół otwarte, ze spinkami do mankietów w środku.
O mało się nie roześmiałeś.
Nie dlatego, że to było śmieszne.
Bo to było obraźliwe.
Bogaci ludzie czasami uważali, że ubóstwo czyni uczciwość czymś niezwykłym. Zastawiali pułapki i nazywali je ostrożnością. Zostawiali pieniądze jak przynętę, a potem gratulowali sobie odkrycia głodu.
Zebrałeś filiżanki po kawie.
Nie dotknąłeś zegarka.
Nie dotknąłeś koperty.
Nie dotknąłeś aksamitnego pudełka.
Ale kiedy odwróciłeś się, żeby wyjść, usłyszałeś, jak jego oddech się zmienia.
Był zbyt płytki.
Zatrzymałeś się.
Lata opieki nad babcią wyćwiczyły twoje uszy. Sen miał swój rytm. Ból miał swój rytm. Panika też miała swój rytm. Rodrigo Cárdenas udawał, owszem, że śpi, ale pod maską tego przedstawienia działo się coś jeszcze.
Jego palce były zbyt mocno przyciśnięte do klatki piersiowej.
Zacisnął szczękę.
Oddech mu utknął na moment.
W milczeniu odstawiłeś tacę i podszedłeś bliżej.
„Proszę pana?”
Brak odpowiedzi.
Spojrzałeś na stolik kawowy. Żadnych leków. Żadnej wody. Żadnych śladów jedzenia. Zauważyłeś lekkie drżenie jego dłoni i szarość wokół ust.
To już nie była pułapka dla bogaczy.