Na początku na ciebie nie spojrzał.
Nalał sobie wody, wziął łyk i odstawił szklankę nietkniętą.
Potem jego wzrok powędrował w twoją stronę.
„Elena Salgado?”
„Tak, proszę pana.”
Jego spojrzenie było ostre, nie niegrzeczne, ale pozbawione serdeczności.
„Większość ludzi wytrzymuje tu krócej niż tydzień.”
Trzymałaś jego wzrok. „W takim razie skupię się na dniu dzisiejszym.”
Po raz pierwszy coś poruszyło się w jego wyrazie twarzy.
Nie uśmiech.
Niemal zainteresowanie.
Pani Herrera spojrzała na ciebie, jakbyś złamała jakąś zasadę, która jeszcze nie została spisana.
Rodrigo nic więcej nie powiedział.
Odwrócił się i wyszedł z kuchni, a na blacie wciąż stała woda.
Tej nocy sama sprzątałaś zachodni korytarz.
Na zewnątrz deszcz spływał po wysokich oknach. Rezydencja odbijała się w ciemnym szkle, przez co każdy korytarz wydawał się dwa razy dłuższy. Minęłaś zamknięty pokój na końcu drugiego piętra i mimowolnie zwolniłaś.
Na drzwiach wisiała mała srebrna tabliczka.
Sofía.
Wpatrywałaś się w imię.
Imię dziecka.
Wtedy dom zmienił kształt w twojej głowie. Nie był już tylko zimną rezydencją bogacza. Był miejscem, w którym kiedyś mieszkała jakaś mała osoba, a wszyscy dorośli w środku postanowili nigdy nie ruszać powietrza, które po sobie zostawiła.
Nie dotknęłaś klamki.
Szłaś dalej.
Trzeciego dnia nadeszła próba.
Na początku nie wiedziałeś, że to test.
Pani Herrera powiedziała ci, że pan Cárdenas zasnął w bibliotece i że powinieneś po cichu pozbierać puste filiżanki po kawie. Jej głos był zbyt swobodny. Druga gospodyni, Pilar, spuściła wzrok, gdy to usłyszała.
To było twoje ostrzeżenie.