On żył.
A niektóre prawdy ranią, ale niektóre kłamstwa ranią na zawsze.
„Tak” – odpowiedziała cicho. „Ale mu się nie udało. I nigdy więcej nie podniesie na ciebie ręki”.
Mathis wpatrywał się w sufit przez kilka sekund.
„Bałem się, że zasnę”.
Eliza ścisnęła jego dłoń.
„Wtedy jeszcze trochę posiedzimy razem”.
„Też się bałeś?”
„Bardzo się bałem”.
Mathis oddychał powoli.
„Ale byłeś dzielny”.
Eliza pocałowała go w palce.
„Byłam matką”.
Następnego ranka Léa Garnier wróciła do szpitala z chudym staruszkiem w szarej czapce i wełnianej kurtce. Trzymał czapkę w dłoniach, jakby nie był pewien, czy ma prawo tam być.
Élise go rozpoznała.