Maska mu opadła.
„Powinienem był nałożyć więcej”.
Elise poczuła, jak płonący gniew wznosi się ponad strach.
Mówił o swoim synu, jakby to było zwykłe nieprzewidziane wydarzenie.
Jakby dziewięcioletnie dziecko było tylko błędem w jego planie.
Laurent kopnął drzwi.
Raz.
Dwa razy.
Trzy razy.
Drewno zadrżało.
„Otwórz, Elise!” krzyknął. „Nie utrudniaj!”
Rozejrzała się, szukając czegoś, czym mogłaby się bronić. Butelki żelu pod prysznic. Mokrego ręcznika. Szczotki do włosów. Niczego, co mogłoby powstrzymać mężczyznę gotowego pójść na całość.
Jej telefon znowu zawibrował.
Ten sam nieznany numer.
NIE WYCHODŹ. POLICJA JEST JUŻ NA ULICY. WSZYSTKO WIDZIAŁAM.
Oczy Elise rozszerzyły się.