W domu uczył się gotować z mamą, ale zawsze pytał najpierw:
„Czy mogę dodać przyprawy?”
Eliza się roześmiała.
„Możesz, szefie. Ale delikatnie”.
I roześmiali się razem.
Śmiech powrócił do ich rodziny.
Nie tak jak wcześniej.
Lepiej niż wcześniej.
Bo to śmiech dawał znać, ile kosztowało utrzymanie się przy życiu.
W pewne niedzielne popołudnie, trzy lata po tamtej nocy, Dom Odrodzenia był pełen. Przy ladzie grała łagodna muzyka. Na bruku unosił się zapach ciepłego chleba, czekolady i deszczu.
Eliza stała za ladą, gdy drzwi się otworzyły i weszła Léa Garnier, teraz sierżant.
„Przyszłam spróbować tej słynnej kawy, o której wszyscy mówią” – powiedziała.
Eliza się uśmiechnęła.
„Dla ciebie to na koszt firmy. Zawsze”.