„Mówiłam ci, że powrót jest zbyt ryzykowny, Laurent. Powinieneś był poczekać”.
Eliza rozpoznała głos.
Valerie.
Sąsiadka z naprzeciwka.
Kobieta, która przynosiła magdalenki w niedzielę, która komplementowała Mathisa, gdy wychodził do szkoły z plecakiem, która całowała Elise na każdej imprezie sąsiedzkiej, jakby były przyjaciółkami.
Elizie ścisnął się żołądek.
Nie była tylko kochanką.
Była kobietą, która wracała do domu, uśmiechała się do swojego dziecka i za jego plecami planowała ich zniknięcie.
„Zamknij się i pomóż mi” – wyszeptał Laurent. „Musimy sprawdzić, czy jeszcze oddychają. Potem zadzwonię na pogotowie, płacząc, zgodnie z planem”.
Élise mocno przytuliła Mathisa.
Dyspozytor wciąż był na linii. Élise ściszyła dźwięk do minimum, ale wciąż słyszała:
„Pani Morel, policja jedzie. Proszę się nie rozłączać. Proszę nie otwierać drzwi”.
Słychać było kroki.
Najpierw w salonie.
Potem w korytarzu.
Laurent zatrzymał się przed drzwiami łazienki.