„Czy dodałam za dużo cukru?”
Eliza uśmiechnęła się, a jej oczy zaszkliły się.
„Tak.”
„Czy jest złe?”
Wzięła kolejny łyk.
„Nie. Jest idealne.”
Mathis się roześmiał.
Eliza też się roześmiała.
A w tym śmiechu było wszystko, czego Laurent nie zdołał zniszczyć.
Było dzieciństwo Mathisa, uratowane w samą porę.
Była odwaga matki, która sfingowała własną śmierć, żeby przeżyć.
Była ręka starszej sąsiadki, która nie odwróciła wzroku.
Była sprawiedliwość.
Był nowy początek.
Lata później, gdy ktoś pytał Élise, jak udało jej się iść dalej po tylu okrucieństwach, nigdy nie mówiła, że było łatwo.
Bo nie było.
Mówiła tylko: