Na rozprawę, prawie rok później, Élise weszła ubrana w granatową sukienkę. Mathis siedział w pierwszym rzędzie, między Claire a panem Armandem. Trzymał w kieszeni mały czerwony samochodzik, nie dlatego, że wciąż się nim dużo bawił, ale dlatego, że potrzebował poczuć w dłoni coś znajomego.
Laurent unikał patrzenia na syna.
Élise go zobaczyła.
To ją zabolało.
Ale też ją uwolniło.
Bo w tym momencie zrozumiała, że mężczyzna, który nie chciał patrzeć na dziecko, które omal nie zabił, nie miał już nad nimi żadnej władzy.
Kiedy nadeszła jej kolej, by przemówić, Élise stanęła przed sędzią.
Dłonie jej drżały.
Ale jej głos brzmiał mocno.
„Tej nocy nie tylko straciłam męża. Straciłam kłamstwo, że moja rodzina jest cała. Ale zyskałam prawdę. Zyskałam możliwość ochrony syna. Zyskałam życie, które próbowali mi odebrać. Dziś nie szukam zemsty”. Żądam sprawiedliwości, aby Laurent nigdy więcej nie zamienił miłości w pułapkę, ani domu w miejsce zbrodni.
Mathis płakał w milczeniu.
Claire położyła mu dłoń na ramieniu.