„Proszę pani?”
To była recepcjonistka.
Wyszła z holu i trzymała w drżących dłoniach kubek wody.
Patrzyła na walizki, Antoine’a, Manon i mnie z przerażeniem kogoś, kto wie, że właśnie przypadkiem wszedł na pole bitwy.
„Czy zechciałby pan usiąść?”
Życzliwość tego gestu niemal mnie załamała.
Nie dlatego, że potrzebowałem krzesła.
Bo po kłamstwach, upokorzeniach i grzecznym słownictwie mężczyzn, którzy wiedzą, jak zmylić i uspokoić kobiety, pierwsza prawdziwie ludzka reakcja nadeszła od osoby najmniej chronionej w pomieszczeniu.
Wziąłem kubek.
„Dziękuję”.
Skinęła zbyt szybko głową, czując ulgę, że zrobiła coś, co nie było tchórzostwem, po czym cofnęła się, zanim przełożony zdążył ocenić, czy współczucie narusza wewnętrzne procedury.
Wtedy właśnie pojawił się Dział Kadr.
Oczywiście.
Kobieta w granatowym kostiumie, z włosami spiętymi bez ani jednej zbłąkanej nitki, z odznaką przypiętą do talii, jakby władza instytucjonalna przybrała ludzką postać.
Za nią stał Renaud, jeden ze wspólników, którego znałem towarzysko od lat i który wyglądał, jakby wolał zostać potrącony przez autobus niż zrobić kolejny krok w tej scenie.
„Camille” – powiedział ostrożnie. Może moglibyśmy kontynuować tę rozmowę w sali konferencyjnej?
Spojrzałem na niego.
Znałem ten ton.
Sama z tego korzystałam, gdy dostawcy tracili opanowanie na spotkaniach.
Korporacyjny instynkt przeklasyfikowania katastrofy emocjonalnej jako problemu z nieodpowiednią lokalizacją.
Ogranicz.
Przenieś.
Zneutralizuj.
Najlepiej za matowym szkłem.
„Skończyłam” – powiedziałam.
Odezwała się kobieta z HR.
„Rozumiem, że emocje sięgają zenitu”.
Zdanie było tak puste, że aż godne podziwu.
Emocje sięgają zenitu.