Nie szeroko.
Głęboko.
Jak kobieta, która wciąż wierzy, że życie, które zbudowała, jest może trochę zmęczone, ale przynajmniej prawdziwe.
Długo patrzyłam na to zdjęcie.
Potem złożyłam je na pół.
Bardzo spokojnie.
Zadzwoniłam po taksówkę.
Kierowca spojrzał na mnie w lusterku wstecznym, zobaczył moją zaciśniętą szczękę, moją przesadnie spokojną twarz, moje dwie walizki obok mnie.
Był na tyle mądry, żeby nie pytać.
Na tylnym siedzeniu pachniało zużytą skórą i mocną miętą.
Paryż mijał okno z typową dla siebie obojętnością.
Kawiarnie się otwierały.
Skutery blokowały autobusy.
Ludzie przechodzili przez ulicę z torbami z wypiekami pod pachą.
Miasto tętniło życiem, jakby moje wesele nie zostało właśnie zrujnowane w moim salonie.
Siedziba firmy Antoine’a mieściła się w wieży w dzielnicy La Défense.
Jedna z tych wież, w których hol jest tak lśniący, że nawet cisza wydaje się kosztowna.
Ciągnęłam za sobą dwie walizki.
Kółka zastukały o wypolerowaną podłogę.
Klaś.
Klaś.
Klaś.
Ostry, suchy dźwięk.
Regularny.
Niemal ceremonialny.
Recepcjonistka natychmiast mnie rozpoznała.
I zbladła.