To powinno mnie zaalarmować.
Powinno dać mi znać, że biuro już wie coś, co odkryłam dopiero poprzedniego wieczoru.
Ale wtedy przekroczyłam już etap ostrzegawczy.
Wkroczyłam już w sferę konsekwencji.
„Pani Mercier?” mruknęła.
Nie poprawiłam nazwiska.
Jeszcze nie.
Po prostu zapytałam:
„Dział marketingu, proszę”.
Zawahała się przez chwilę.
Potem wskazała na windy.
Wchodziłam po schodach, ściskając dwie walizki przy piersi.
W lustrze w windzie dostrzegłam swoją twarz.
Nie wyglądałam na wściekłą kobietę.
Wyglądałam na kobietę, która przestała negocjować z bólem.
Dział marketingu zajmował duże biuro typu open space.
Rzędy biurek.
Jasne ekrany.
Perfekcyjnie wypielęgnowane rośliny doniczkowe.
Kubki z logo firmy.
Ludzie udający, że pracują, doskonale wiedząc, że coś właśnie weszło ze mną.
I oto była.
Manon.
Stała przy dużym ekranie, a obok niej dwie koleżanki.
Bluzka w kolorze kości słoniowej.
Proste włosy.
Cienki złoty łańcuszek na szyi.
Spokojna twarz kogoś, kto wciąż wierzy, że panuje nad pokojem.
Podszedłem prosto do jej biurka.
Kółka walizek zdawały się być głośniejsze z każdym krokiem.
Nikt się nie odzywał.
Potem rzuciłem je przed nią.
Dwie walizki upadły z głośnym hukiem.
Brutalnie.