Przez dwie ulice nie rozmawialiśmy.
Paryż ciągnął się dalej wokół nas.
Kierowcy kupowali kawę.
Turyści trzymali telefony w stronę Wielkiego Łuku.
Kierowcy dostaw lawirowali między
Samochody.
Kobiety w ciemnych płaszczach śmiały się przed witryną sklepową.
Sprośność zwyczajnego życia polega na tym, że nie ścisza, gdy płonie twój prywatny świat.
Ciągle sprzedaje croissanty, zmienia sygnalizację świetlną, utrzymuje metro w ruchu.
„U ciebie?” – zapytał cicho kierowca.
Wyjrzałam przez okno.
„U mnie”.
To słowo brzmiało nie tak.
Jak metka zostawiona na niewłaściwej szufladzie po tym, jak ktoś zmienił w niej wszystko.
Wyobraziłam sobie nasze mieszkanie w Batignolles.
Jego kapcie przy łóżku.
Jego szczoteczkę do zębów.
Odcisk jego ciała na sofie.
Kosz na pranie.
Płatki śniadaniowe, które kochał i których nigdy nie wymienił.
Wszystkie te drobne przedmioty wciąż rysowały się wokół mężczyzny, którego nie potrafiłam już dopasować do swojego życia.
„Nie” – powiedziałam. Po prostu jedź.
Skinął głową.