Głęboka, wręcz nieprzyzwoita ulga, że nie wyczuwam już kłamstwa w pokoju.
Koniec z podejrzanymi spóźnieniami.
Koniec z przerobionymi rutynami.
Koniec z drobnymi zdradami w koszulach, perfumach, ciszy czy świetle ekranu.
Koniec z zastanawianiem się, czy moja intuicja jest paranoiczna, czy po prostu lepiej poinformowana niż rozum.
Małżeństwo umarło, owszem.
A mgła też.
A jasność, nawet brutalna jasność, jest bardziej oddychająca.
Sześć miesięcy po scenie w biurze ponownie spotkałam Antoine’a.
W najmniej teatralnym miejscu, jakie tylko było możliwe.
Apteka niedaleko Place de Clichy.
Koszyk szamponu i aspiryna w mojej dłoni.
Stał przy kasie, wyglądając starzej, niż wskazywałby na to kalendarz.
Zobaczył mnie.
Zamarł.
Zobaczyłam go.
I prawie nic nie poczułam.
To był cud.
Nie zwycięstwo.
Nie wściekłość.
Nie zemsta.
Tylko lekki dreszcz starej rany, gdy zauważa się pogodę, nie zmieniając przy tym całego ciała.
Podszedł niezręcznie.