Potem znowu Antoine.
Znowu.
Znowu.
Jakby powtarzanie mogło zbudować most nad tym, co właśnie rozwalił.
W końcu pojawiła się wiadomość.
Nie rób tego. Pozwól, że wyjaśnię.
Zatrzymałam się.
I po raz pierwszy tego dnia coś w rodzaju śmiechu wzburzyło się we mnie.
Nie radość.
Nawet nie gorycz.
Coś dziwnego.
Wyczerpane niedowierzanie.
Wyjaśnić.
Jakby moje małżeństwo było teraz jakimś aktem administracyjnym czekającym na wyjaśnienie.
Jakby istniała jakaś wersja tej sprawy, która stałaby się akceptowalna, gdy tylko zostanie odpowiednio sformułowana.
Odpowiedziałam trzema słowami.
Nie wracaj.
Potem wyłączyłam telefon.
Tej nocy spałem w mieszkaniu Sophie w jedenastej dzielnicy.
Otworzyła drzwi w skarpetkach, ze starą studencką bluzą na plecach.
Spojrzała mi w twarz.
Nie powiedziała:
Wiedziałam.
Nie powiedziała:
Co się stało?
Nie powiedziała:
Wszystko w porządku?
Po prostu odsunęła się i wyszeptała:
„Weź łóżko. Zamówię coś”.