Cała podłoga zawirowała.
Koniec z klawiaturą.
Koniec z głosami.
Koniec z udawanym kaszlem.
Tylko cisza.
Spojrzałem jej prosto w oczy.
I powiedziałem najspokojniejszym głosem, jakiego kiedykolwiek użyłem w życiu:
„Skoro już opiekujesz się moim mężem, możesz zająć się też jego sprawami”.
Nikt się nie ruszył.
Mężczyzna przy drukarce stał jak sparaliżowany, trzymając w dłoni papiery.
Kobieta powoli zdjęła słuchawki.
Ktoś z tyłu spojrzał na klawiaturę, jakby chciał się w niej rozpłynąć.
Manon zbladła.
Nie smutna.
Nie zdezorientowana.
Przyłapana.
To jest właściwe słowo.
Przyłapana.
W tym momencie otworzyły się drzwi do sali konferencyjnej.
A Antoine pojawił się na korytarzu.
Najpierw mnie zobaczył.
Potem walizki.
Potem Manon.
A potem całe biuro typu open space wpatrywało się w niego, jakby same ściany nagle wyrosły z oczu.
Blask zniknął mu z twarzy tak szybko, że aż bolało.
Zamarł w miejscu.
Przez długą sekundę nikt nie powiedział ani słowa.
A potem zrozumiałam coś jednocześnie pysznego i strasznego:
Nie miał na to przygotowanej przemowy.