Innego.
W szufladzie, ze starymi biletami kolejowymi i bezużytecznymi ładowarkami.
Długo na nie patrzyłam.
Kobieta na tym zdjęciu wydawała się znajoma, a jednak nieosiągalna.
Nie naiwna.
Po prostu rozbrojona w sposób, którego nie mogłam już udawać.
Spodziewałam się, że będę płakać.
Nie płakałam.
Włożyłam je do pudełka z napisem „archiwa”.
I poszłam dalej.
Manon zrezygnowała dwa miesiące później.
Dowiedziałam się o tym dzięki podziemnej sieci kobiet, które zawsze znają daty odejścia, zanim zostaną oficjalnie ogłoszone.
Niektóre mówiły, że ją to zachęciło.
Inni twierdzili, że rzuciła go, zanim jeszcze śledztwo się skończyło.
Jeszcze inni twierdzili, że starała się przedstawiać tę historię jako prawdziwy związek, dopóki nie zdała sobie sprawy, że romans jest o wiele mniej przekonujący, gdy w grę wchodzą rachunki i hierarchiczne relacje.
Myślałem o niej mniej, niż się spodziewałem.
Nie dlatego, że nie miała znaczenia.
Bo nigdy nie była w centrum uwagi.
Była katalizatorem.
Prawdziwym ogniem był mężczyzna, który myślał, że może ją zdradzić bezkarnie, bo drzwi pozostaną otwarte, a w biurze będzie cicho.
A Antoine?
Stopniowo się pogarszał.
Nie fizycznie.
Towarzysko.
Strukturalnie.