Ale nic z tego nie zniwelowało braku równowagi.
Nic z tego nie wyjaśniło sytuacji.
Widział, że go widzę.
A to przerażało go bardziej niż walizki.
„Camille” – powiedział mniej uprzejmym głosem. „Proszę”.
Nie wiedziałam, co oznaczało jego „proszę”.
Proszę, niech to nie przerodzi się w coś więcej niż zdradę.
Proszę, nie patrz tak na mnie.
Proszę, nie zmuszaj mnie do konfrontacji z najohydniejszą wersją tego, co zrobiłam.
Proszę, nie bądź bardziej przytomna ode mnie.
Postawiłam szklankę wody na biurku.
Potem otworzyłam jedną z walizek.
Dźwięk zamka wydawał się niezwykle głośny.
W środku, złożone z bezlitosną precyzją, którą dał mi poranny szok, znajdowały się jego koszule, garnitury, buty do biegania, spinki do mankietów w futerale, niebieski piórnik, zegarek.
Na wierzchu, złożone zdjęcie.
Podniosłam je.
Patrzyłam na nie o sekundę za długo.
Po czym odłożyłam je z powrotem.
„Wszystko, czego będzie potrzebował przez kilka następnych dni, jest tutaj” – powiedziałam do Manon, już bez okrucieństwa. „Ładowarka do laptopa jest w bocznej kieszeni”. Boli go głowa, kiedy nie je śniadania, ale to chyba już nie mój domowy problem. W jego niebieskiej kosmetyczce jest maszynka do golenia. Chrapie, kiedy pije whisky. A kiedy jest zestresowany, twierdzi, że jego milczenie jest oznaką dojrzałości.
Nikt się nie ruszył.
To nie była zniewaga, której się spodziewali.
Dlatego uderzyła mocniej.
Bo tak naprawdę nie dawałem jej żadnych informacji.
To było obciążenie.
Domowe szczegóły.
Niewidzialna praca, którą żony wykonują, dopóki romans nie zmieni jej nazwy na „dopasowanie”.
Podawałem jej instrukcję obsługi mężczyzny, który kochał być kochanym, a jednocześnie fantazjował o sobie dla kogoś innego.
To było strasznie mało efektowne.