Pokój zadrżał.
Nie dlatego, że Julien miał dziecko przede mną.
Ale dlatego, że Rose i Léa istniały w tym samym czasie w łonach dwóch różnych kobiet.
Bo kiedy byłam w ciąży, jego rodzina wiedziała.
Bo kiedy Geneviève głaskała mnie po brzuchu, mówiąc „nasza mała księżniczka”, inna mała dziewczynka tej samej krwi była już schowana w osobnym domu.
Bo wybrali, która z nich będzie miała prawo się pokazać.
A która będzie musiała pozostać ukryta.
Tego wieczoru spakowałam walizkę.
Bez krzyku.
Bez łez przed nim.
Ubrania dla Léi.
Jej kołdra z króliczkiem.
Jej różowa piżama.
Jej książeczka zdrowia.
Moja karta bankowa.
Moje dokumenty.
Julien chodził za mną z pokoju do pokoju, blady, rozczochrany, powtarzając moje imię, jakby wciąż można było go użyć jako klucza.
Nie patrzyłam na niego.
Zawiozłam Léę do domu mojej siostry w Rueil-Malmaison.
Zasnęła w samochodzie, zanim jeszcze wyjechaliśmy z Saint-Germain.
Jechałam z suchymi oczami.
Są bóle zbyt wielkie, żeby od razu o nich płakać.
Najpierw muszą stać się faktami.
I już następnego ranka poszłam je zbierać, jeden po drugim.
CZĘŚĆ 2
Rano mój gniew zmienił formę.
Dzień wcześniej był eksplozją.
Następnego dnia stał się metodą.
Zadzwoniłam do biura.
Powiedziałam, że nie przyjdę.