W wieku sześciu lat domagały się wspólnego świętowania urodzin, mimo że dzieliły je dwa miesiące.
W wieku siedmiu lat chciały mieć tę samą fryzurę, a potem się pokłóciły, bo nie mogły znieść, że ktoś je ze sobą myli.
W wieku ośmiu lat Rose zaczęła nazywać Juliena „tatą”, nie rozglądając się, czy ktoś ją poprawi.
W wieku dziewięciu lat Léa uderzyła w szkole chłopaka, który powiedział, że Rose jest „sekretną siostrą”.
Musiałam ją zrugać.
W tajemnicy, zrozumiałam.
W poranek ich dziesiątych urodzin – wynegocjowały wspólne przyjęcie pomimo różnych dat – moja kuchnia przypominała eksplozję balonów, babeczek i wstążek.
Léa miała na głowie złotą papierową koronę.
Rose miała na głowie srebrną.
Biegali po domu, kłócąc się, którą piosenkę puścić najpierw.
„Mamo!” krzyknęła Léa. „Rose mówi, że nie możemy mieć dwóch maszyn do dymu!”
„Bo ostatnio prawie zadymiłaś dziadka Henriego!” zaprotestowała Rose.
Uniosłam brew.
„Może na to zasłużył”.
Rose wybuchnęła śmiechem.
Tym śmiechem.
Tym samym śmiechem, który rozbrzmiał w Léi, gdy radość ją zaskoczyła, zanim zdążyła ją stłumić.
Julien pojawił się w drzwiach z pękiem balonów w ramionach.
Przez chwilę znów zobaczyłam mężczyznę, którego kochałam.
Potem zobaczyłam mężczyznę, którym się stał.
Nie wystarczyło, żeby wrócić.
Ale wystarczyło, żeby porządnie się utrzymać.
„Potrzebujesz pomocy?” zapytał.
O mało co nie powiedziałam instynktownie „nie”.
Potem podałam mu taśmę.
„Powieś to w przedpokoju”.
Posłuchał.