Nalegała od chwili jej narodzin.
„Żłobek?” – mruknęła z wymuszonym uśmiechem. „Claire, daj spokój. Nie zostawia się dziecka z byle kim”.
Wtedy uznałam to za przejaw miłości.
Może też dlatego, że byłam wyczerpana.
Może dlatego, że kiedy dopiero co urodziłaś dziecko i śpisz po czterdzieści minut, chętniej przyjmujesz pomoc od osób, które mówią z przekonaniem.
Przez prawie cztery lata Geneviève była wszędzie.
U nas rano.
Po południu w domu.
W wyborze ubrań Léi.
W jej posiłkach.
W jej wizytach u pediatry.
Po mojemu.
Poprawiała delikatnie, ale nieubłaganie.
„Powinieneś jej założyć kamizelkę”.
„Za dużo jej pozwalasz negocjować”.
„W naszej rodzinie dzieci wcześnie uczą się dobrych manier”.
„Naszej rodziny”.
To wyrażenie zawsze mnie irytowało.
Ale tolerowałam je.
Dla dobra Léi.
Dla dobra Juliena.
Dla spokoju.
Potem Geneviève zaczęła się męczyć.
Ból kolana.
Źle się czuć.
Nieobecności.
A moje obciążenie pracą wzrosło.
Projekty się piętrzyły.
Spotkania kończyły się późno.
Julien coraz częściej wracał do domu po 20:00.
Więc szukaliśmy rozwiązania.
Znajoma opowiedziała mi o zarejestrowanej opiekunce do dzieci, Anne Vasseur.
Mieszkała w Le Vésinet, w skromnym, ale nieskazitelnym domu z małym ogrodem, jasną kuchnią i pokojem całkowicie przeznaczonym dla dzieci.
Nigdy nie opiekowała się więcej niż trójką dzieci naraz.
Miała akredytację wydziałową, doskonałe referencje i segregator pełen menu, formularzy zgód i planów zajęć.
Kiedy ją poznałam, od razu spodobało mi się jej spokojne usposobienie.
Nie udawała perfekcji.
Nie mówiła zbyt wiele.
Nie uśmiechała się jak ktoś, kto próbuje coś sprzedać.
Miała po prostu cichą cierpliwość kobiet, które potrafią utrzymać zmęczone dziecko w jednej ręce, a garnek zupy w drugiej, nie tracąc przy tym głosu.
W pierwszym tygodniu sprawdzałam telefon co dwadzieścia minut.