To niemożliwe.
To nie było podobieństwo.
To nie był przypadek.
Dziewczynka w ogrodzie Anny miała twarz mojej córki.
Te same ciemne oczy.
Ten sam cienki nos.
Ten sam kształt brody.
Tak samo lekko marszczyła brwi, gdy na coś patrzyła.
A kiedy wiatr uniósł kosmyk włosów przy jej lewym uchu, zobaczyłam mały ślad w kształcie półksiężyca.
To samo znamię co Léi.
Dokładnie w tym samym miejscu.
Podniosłam dłoń do ust.
Świat stał się bardzo mały.
Ulica.
Brama.
Ogród.
To dziecko.
Ta twarz.
Twarz mojej córki na ciele innej osoby.
W tym momencie Léa wybiegła z domu.
„Mamo!”
Pobiegła do mnie, jej szkolna torba podskakiwała na plecach, szczęśliwa, niewinna, cała.
Za nią Rose odwróciła głowę.
I zrozumiałam.
Nie wszystko.
Jeszcze nie.
Ale dość.
Ta mała dziewczynka nie była tylko „dzieckiem, które wyglądało jak Léa”.
Była z nią połączona.
Więzami krwi.
Kłamstwami.