Następnie zadzwoniłam do prawnika rodzinnego, którego polecił mi kolega.
Następnie zadzwoniłam do Anne.
Odebrała po drugim dzwonku.
Jej głos był beznamiętny.
„Claire”.
„Chcę się z tobą zobaczyć”.
Cisza.
„Tak”.
„Bez Juliena. Bez Geneviève. Bez Henriego Delmasa”.
„Dobrze”.
Wróciłem do niej o dziesiątej.
Dom w Le Vésinet się nie zmienił.
Ta sama brama.
Te same schody.
Ta sama doniczka lawendy przy wejściu.
Ale to miejsce, które kiedyś wydawało się uspokajające, teraz zdawało się być zbudowane na kłamstwie.
Anne otworzyła drzwi, zanim zadzwoniłam.
Nie miała makijażu.
Włosy miała pospiesznie związane.
Miała ściągnięte rysy twarzy kobiety, która nie spała i wiedziała, że nie zasługuje na litość.
„Czy Rose jest tutaj?” zapytałam.
„W swoim pokoju. Z kreskówką. Nie usłyszy jej”.
Wszłam, nie czekając na jej zaproszenie.
W kuchni w zlewie stały dwie miski, otwarte pudełko płatków śniadaniowych i rysunek przyklejony do lodówki.
Dwie dziewczynki trzymające się za ręce.
Jedna w niebieskiej sukience.
Druga w zielonej sukience.
Rozpoznałam niezgrabny charakter pisma Rose.
JA.
LÉA.
Poczułam ucisk w gardle.
„Od jak dawna wiesz?”
Anne powoli usiadła.
„Zrozumiałam pierwszego dnia”.
„Pierwszego dnia?”
„Tak”.
„I pozwoliłeś mi zostawić tu córkę na kilka tygodni?”
Spuściła głowę.
„Nie wiedziałam, co robić”.
„Zła odpowiedź”.