Wciąż mieszkała w dużym domu w Wersalu, niedaleko parku, z jasnymi okiennicami, kutą żelazną bramą i idealnie wypielęgnowanym podjazdem.
Dom, w którym wszystko wydawało się odziedziczone, dopracowane i pod kontrolą.
Otworzyła drzwi w beżowym kardiganie i perłowych kolczykach.
„Claire, kochanie. Julien powiedział mi, że jesteś zdruzgotana”.
Zdruzgotana.
O mało się nie uśmiechnęłam.
„Czy to słowo, którego używasz, by opisać odkrycie ukrytego dziecka?”
Jej twarz zamarła.
„Proszę.”
„Nie przyszłam na herbatę.”
Mimowolnie się cofnęła.
Wszedłem do przedpokoju.
Na konsoli ustawione były w rzędzie oprawione zdjęcia.
Julien jako dziecko.
Julien po ukończeniu szkoły.
Nasz ślub.
Léa jako niemowlę w ramionach Geneviève.
Léa w Boże Narodzenie.
Léa w Ogrodzie Luksemburskim.
Ani jednego zdjęcia Rose.
Ani jednego.
„Gdzie są jej zdjęcia?” zapytałam.
Geneviève zamknęła drzwi.
„To nie takie proste”.
„Z tobą nigdy nie jest”.
Zacisnęła usta.
„O Rose zawsze dbano”.
„Nie. Rose była ukryta”.
„Zrobiliśmy to, co uważaliśmy za najlepsze”.