„Myślę, że była smutna, bo chciała ze mną iść”.
Wstałam, żeby napić się wody.
Właściwie to poszłam płakać do łazienki.
Nie na długo.
Wystarczająco długo, żeby nie obciążać córki moim bólem.
Pierwsze spotkania dziewczynek odbyły się w gabinecie psychologa w Boulogne-Billancourt.
Jasny pokój.
Poduszki.
Książki.
Figurki.
Kredki.
Rose weszła z Anne, trzymając pluszowego królika z zakrzywionym uchem.
Kiedy mnie zobaczyła, zatrzymała się.
Spojrzała na mnie z niemal bolesną intensywnością.
„Jesteś matką Léi?”
Skinęłam głową.
„Tak.”
Przechyliła głowę.
„Też wyglądasz jak my.”
Poczułam ucisk w gardle.
„Trochę, tak.”
Léa pojawiła się pięć minut później.
Spojrzeli na siebie w milczeniu.
Nie jak obcy ludzie.
Jak dwie połówki pytania.
Potem Léa wyjęła z torebki dwie małe plastikowe bransoletki.
„Mam jedną dla ciebie.”
Rose spojrzała na nią.
„Dlaczego?”
Léa wzruszyła ramionami.
„Bo jesteśmy do siebie podobne.”
Rose wzięła bransoletkę.
I płakała.
Nie tak mocno.
Nie w histerii.