Był zbyt szybki.
Za łatwy.
„Nie wydaje ci się to dziwne?”
Odłożył telefon, tym razem z westchnieniem.
„Dziwne wydaje mi się to, że zamieniasz uwagę małej dziewczynki w policyjne śledztwo”.
Zacisnęłam szczękę.
„Po prostu powtarzam ci to, co ona mi powiedziała”.
„A ja ci mówię, że jesteś wyczerpana”.
To zdanie mnie uciszyło.
Nie dlatego, że miał rację.
Bo nie do końca się mylił.
Byłam wyczerpana.
Za dużo pracowałam.
Źle spałam.
Nosiłam w sobie to tępe znużenie kobiet, które organizują cały dom, podczas gdy inne myślą, że „pomagają”, odkładając talerz.
Więc dałam temu spokój.
Następnego dnia jednak Léa znowu poruszyła ten temat.
A potem kolejnego dnia.
I znowu w piątek.
Zawsze tak samo.
Bez entuzjazmu.
Bez inwencji.
Jakby ta mała dziewczynka była teraz częścią jej świata, ale świata, którego nikt nie chciał nazwać.
„Jak ona ma na imię?” zapytałam pewnego wieczoru.
Léa żuła koniec rękawa płaszcza.
„Rose”.
Rose.
Słodkie imię.
Za słodkie jak na niepokój, który we mnie narastał.
„Czy ona często przychodzi do Madame Anne?”
„Mieszka tam.”
Zatrzymałam się na czerwonym świetle.
„Mieszka z Madame Anne?”
„Tak. To też jej dom.”
Światło zmieniło się na zielone.
Samochód za mną zatrąbił.
Znów ruszyłam.