Wysoka i szczupła, poważna, gdy obserwowała, promienna, gdy zapominała o strachu.
Oparła się o balustradę.
„Pamiętasz, jak pierwszy raz mnie zobaczyłaś?”
Spojrzałem na nią.
„Tak.”
„Ja też.”
„To mnie zaskoczyło.”
„Pamiętasz?”
Skinęła głową.
„Wyglądałaś jak rozgniewana Léa.”
Zaśmiałem się.
Prawdziwym śmiechem.
Rose uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, jaki wywarła.
Potem dodała ciszej:
„Myślałam, że zabierzesz mnie od Anne.”
Mój śmiech ucichł.
Długo się na nią patrzyłem.
„Wiem.”
Wpatrywała się w ogród.
„Cieszę się, że tego nie zrobiłeś.”
W tym zdaniu było więcej wybaczenia, niż sądziłem, że mogę otrzymać.
Bo mogłem.
Może nie prawnie.
Moralnie też nie.
Ale w głębi duszy.
Mogłem trzymać ją na dystans.
Uważałem ją za żywy dowód zdrady.
Za każdym razem, gdy widziałem jej twarz, przepełniał mnie ból.
Wielu dorosłych tak robi.
Nazywają to samoobroną.
Ja, powoli i niezdarnie, nauczyłem się czegoś jeszcze.