„A ty się z nią bawisz?”
Léa spuściła wzrok.
„Już nie.”
Chłód powrócił.
Ale tym razem mnie nie przeszył.
Zadomowił się.
„Dlaczego już nie?”
„Madame Anne powiedziała, żebym tego nie robiła.”
„Nie z czym?”
— Że się z nią bawię.
Ścisnęło mnie w gardle.
„Czy Rose cię skrzywdziła?”
„Nie.”
„Czy ty ją skrzywdziłeś?”
„Nie.”
„Więc dlaczego?”
Léa wzruszyła ramionami, drobna, krucha postać przypięta pasami do fotelika samochodowego, nieświadoma, że jej słowa właśnie zniszczyły coś w życiu jej matki.
„Nie wiem. Madame Anne właśnie powiedziała, że tak będzie lepiej”.
Tej nocy prawie nie spałam.
Przewracałam się z boku na bok w łóżku, słuchając oddechu Juliena obok mnie.
Spokojnie.
Normalnie.
Nie do zniesienia.
Im więcej o tym myślałam, tym mniej mogłam w to uwierzyć.
Czterolatka, która wyglądała „dokładnie” jak Léa.
Opiekunka, która nigdy mi o niej nie wspominała.
Nagły zakaz wspólnej zabawy.
I Julien, który zbyt szybko zbagatelizował ten temat.
W sobotę rano poprosiłam Léę, żeby narysowała dla mnie Rose.
Wzięła pustą kartkę papieru, wyjęła markery i narysowała dwie dziewczynki.
Tę samą sukienkę.
Te same włosy.
Te same okrągłe oczy.
Potem napisała swoim niezgrabnym pismem:
LÉA.
ROSE.
Długo stałam, wpatrując się w kartkę.
Julien szedł za mną.