„Starałam się o dziecko od lat” – wyszeptała Anne. „Podjęłam kroki. Nie działało. Kiedy urodziła się Rose, zaproponowali, że ją przyjmą. Na początku tymczasowo. Tylko do czasu, aż Chloé wyzdrowieje. Tylko do czasu, aż wszystko się ustabilizuje”.
Zaśmiała się cicho.
Zmęczonym śmiechem.
„Wiesz, jak tymczasowe układy kończą się w takich rodzinach? Stają się trwałe, gdy tylko pasują odpowiednim osobom”.
Położyłam ręce na oparciu krzesła.
„Czy Rose wie, że Julien jest jej ojcem?”
Anne zawahała się.
„Trochę”.
„Trochę?”
„Wie, że to jej tata. Ale nie jak inni ojcowie. Tak Geneviève chciała, żebyśmy to ujęli”.
W gardle narastał mi mroczny gniew.
„Nie jak inni ojcowie”.
Jak elegancko nazwać porzucenie.
„Jak ona go nazywa?”
„Julien”.
Odwróciłam się z powrotem do okna.
W ogrodzie mała czerwona zjeżdżalnia stała nieruchomo pod szarym niebem.
Wyobraziłam sobie Rose tam, z twarzą mojej córki, uczącą się od urodzenia, by nie pytać zbyt głośno, dlaczego jej ojciec istnieje tylko w połowie.
„Dlaczego zabroniłaś Léi bawić się z nią?” – zapytałam.