Nie łzy jak z filmu.
Płacz, który rodzi się po zbyt długim życiu bez bezpiecznego miejsca, gdzie można upaść.
Trzymasz Mateo, podczas gdy on też płacze.
Tej nocy Waleria śpi czternaście godzin.
Ty nie.
Siedzisz na korytarzu przed sypialnią jak pies stróżujący, słuchając jej oddechu.
Każdy dźwięk sprawia, że wstajesz.
Każde skrzypnięcie staje się niebezpieczeństwem.
Około trzeciej nad ranem budzi się z krzykiem.
Jesteś w pokoju przed drugim krzykiem.
Siedzi wyprostowana, z dzikim wzrokiem, kurczowo trzymając się koca.
„Nie” – jęczy. „Nie, nie podpiszę”.
Zapalasz lampę.
„Waleria. To ja”.
Patrzy na ciebie, ale na początku cię nie widzi.
Potem powoli, z bólem, wraca.
„Julian?”
„Jestem tutaj”.
Szlocha raz.
Siadasz na brzegu łóżka, nie dotykając jej, dopóki nie wyciągnie do ciebie ręki.
Kiedy to zrobi, trzymasz ją ostrożnie.
„Przepraszam” – szepcze.
„Nie.”
„Nie jestem już taka sama.”
„Wiem.”
Jej ciało sztywnieje.
Odchylasz się do tyłu, żeby mogła zobaczyć twoją twarz.