Kobieta wzdycha. Mężczyzna w butach wyciąga telefon. Ktoś mówi twoje imię. Ktoś inny mówi: „Ale jego żona nie żyje”.
Mateo dotyka twarzy kobiety obiema dłońmi.
„Mamo” – szlocha. „To ja. To Mateo”.
Powieki kobiety drgają.
Jej dłoń, słaba jak papier, unosi się w kierunku jego policzka.
„Moje maleństwo” – szepcze.
Ten dźwięk prawie cię zabija.
Bo tylko Waleria tak do niego mówiła.
Nie „kochanie”. Nie „kochanie”.
Moje maleństwo.
Zanosisz ją do najbliższego hotelu, starego wapiennego zajazdu naprzeciwko placu, bo czekanie na chodniku wydaje się niemożliwe. Kierownik cię rozpoznaje i daje ci pokój bez zadawania pytań. Miejscowy lekarz przybywa w ciągu piętnastu minut, zdyszany i niosąc czarną torbę lekarską, jakby z innego stulecia.
Badaje ją, podczas gdy ty stoisz pod ścianą, zaciśnięte pięści, a Mateo cicho płacze obok ciebie.
„Jest poważnie niedożywiona” – mówi lekarz. „Odwodniona. Stare złamania, siniaki, ślady długotrwałej niewoli lub zaniedbania. Ma gorączkę. Potrzebuje szpitala”.
Niewola.
Słowo wdziera się do pokoju niczym naładowany pistolet.
Patrzysz na kobietę na łóżku.
Jej oczy znów są zamknięte, ale spod rzęs ciekną łzy.