Mój mąż przez siedemnaście lat powtarzał między wybuchami śmiechu, że pewnego dnia zastąpi mnie moją najlepszą przyjaciółką.
Ja też się śmiałam.
Do dnia, w którym moja dziesięcioletnia córka zapytała mnie, czy jestem złą matką.
Po raz pierwszy powiedział to na grillu u przyjaciółki, w pewną letnią niedzielę, w ogrodzie na obrzeżach Lyonu.
Vincent trzymał piwo, słońce prażyło go w twarz, a wszyscy już trochę za bardzo się ze wszystkiego śmiali.
Uniósł szklankę i oznajmił:
„Jeśli Claire przestanie mi gotować, wychodzę z Élodie”.
Wszyscy się śmiali.
Ja też.
Bo kiedy latami łykasz upokorzenie, uczysz się uśmiechać, żeby nikt nie pytał, czy to boli.
Élodie była moją najlepszą przyjaciółką od liceum.
Wiedziała o moim pierwszym złamanym sercu, moich nastoletnich marzeniach, imieniu, które wybrałam dla mojego pierwszego dziecka, zanim jeszcze wiedziałam, czy je będę miała.
Wchodziła do mojego domu bez pukania.
Otwierała mi lodówkę, jakby była jej własna.
Czasami używała mojej wody kolońskiej i mówiła:
„Na mnie pachnie lepiej, nie sądzisz?”.
Całowała mojego męża trochę za długo w policzki.
A kiedy coś komentowałam, przewracała oczami.
„Och, Claire, przestań być taka spięta. Vincent taki jest, uwielbia żartować”.
Żartować.