Więc to było słowo, które wybrali.
Nazywaliśmy to żartem, kiedy mężczyzna, w każdą rocznicę ślubu, wznosił toast i mówił:
„Zobaczymy, czy moja żona się w tym roku postara, bo Elodie wciąż jest singielką”.
Uznano za żart, gdy mężczyzna podarował Élodie na święta starannie dobrany szalik z kaszmiru, a mnie robot kuchenny, „bo lubisz gotować”.
Uznano za żart, gdy mężczyzna w obecności naszej córki Camille powiedział:
„Jeśli twoja matka będzie się tak stroić, znajdę ci śmieszniejszą mamę”.
Camille miała dziesięć lat.
Na początku się śmiała, bo wszyscy inni się śmiali.
Potem stopniowo przestawała.
Zaczęła patrzeć na mnie w milczeniu.
Jakby uczyła się ode mnie czegoś strasznego: że kobietę można podeptać… i nadal podawać kawę.
Udawałam, że nic nie widzę.
Udawałam, gdy Vincent zatykał kosmyk włosów za ucho Élodie przy stole.
Udawałam, gdy próbowała jedzenia z talerza własnym widelcem.
Udawałam, kiedy teściowa, krojąc ser, powiedziała:
„Szczerze mówiąc, Élodie byłaby synową z większym charakterem”.
Siedemnaście lat.
Siedemnaście lat drobnych uwag.
Porównań.
Uśmieszków.
„Przesadzasz, Claire”.
Aż do soboty, kiedy wszystko się rozpadło.
Były urodziny Vincenta.
Przygotowywałam dom od szóstej rano.
Wołowina po burgundzku, ziemniaki po dauphinoise, sałatka ziemniaczana, talerz serów, szarlotka, ciasto czekoladowe dla dzieci.
Wyciągnęłam białe obrusy, które dała mi mama.
Posprzątałam patio.
Zawiesiłam lampki choinkowe w małym ogrodzie naszego domu w Villeurbanne.
Była tam rodzina Vincenta.
Jego matka.
Jego dwie siostry.
Jej kuzynki.