„Proszę bardzo”.
Camille, mając piętnaście lat, chciała małego, skromnego przyjęcia urodzinowego.
Postanowiła nie zapraszać Élodie.
Vincent przyszedł, bo tego chciała, ale z jasnymi zasadami.
„Żadnych uwag na temat mojego ciała”.
„Żadnych komentarzy na temat mojego życia”.
„Żadnych żartów”.
Przyszedł poważny, z prezentem w dłoni.
Kiedy mnie zobaczył, spuścił wzrok.
„Witaj, Claire”.
„Witaj, Vincent”.
To było dziwne.
Moje ciało już nie drżało.
W pewnym momencie posiłku jedna z ciotek Vincenta powiedziała:
„Camille, coraz bardziej przypominasz Élodie, gdy była młoda”.
Przy stole zrobiło się napięto.
Vincent otworzył usta.
Myślałam, że się roześmieje.
Nie roześmiał się.
„Nie porównuj” – powiedział. „Camille wygląda jak Camille”.
Spojrzałam na niego.
Nie z miłością.
Z minimalną formą rozpoznania.
Jak stary pies, który w końcu uczy się nie gryźć.
Camille też na niego spojrzała.
Może tego dnia Vincent położył pierwszy prawdziwy kamień, żeby coś z nią naprawić.
Nie ze mną.
Z nią.
I to było dobre.