Kilku kolegów.
Kilku sąsiadów.
Élodie spóźniła się.
Czerwona sukienka.
Czerwona szminka.
Obezwładniające perfumy.
I prezent, który był zdecydowanie za drogi.
Vincent zobaczył ją wchodzącą i krzyknął przed wszystkimi:
„O, idzie moja prawdziwa żona!”.
Taras wybuchnął śmiechem.
Moja ręka zatrzymała się nad naczyniem żaroodpornym.
Camille stała obok mnie, trzymając stos papierowych talerzy.
Widziałem, jak opada jej głowa.
Élodie przeszła przez ogród, jakby wchodziła na scenę.
Podeszła do Vincenta i pocałowała go w policzek.
Za blisko ust.
„Och, Vince, przestań” – powiedziała ze śmiechem. „Claire będzie zazdrosna”.
Vincent spojrzał na mnie.
„Zazdrosna? Po tylu latach powinna komuś dziękować za to, że nadal mnie wytrzymuje”.
Więcej śmiechu.
Moja szwagierka o mało nie wylała kieliszka różowego wina.
Teściowa nawet klaszcze.
Tylko się uśmiechnęłam.
Z przyzwyczajenia.
Ze wstydu.
Z obawy przed zepsuciem imprezy.