Siedzisz na najmiększej kanapie, jakiej kiedykolwiek dotknęłaś, trzymając w obu dłoniach swoją na wpół czerstwą bułkę, jakby ktoś mógł ci ją jeszcze zabrać.
Hol Blackwell Tower jest cieplejszy niż jakiekolwiek miejsce, w którym byłaś od tygodni. Podłogi lśnią jak zamarznięta woda. Ściany są ze szkła i stali. Ludzie w garniturach szybko przechodzą obok ciebie, pachnąc kawą, perfumami i czystym praniem.
Trzymasz stopy pod kanapą, bo twoje buty są brudne.
Jennifer, recepcjonistka, stawia kubek gorącej czekolady na niskim stoliku przed tobą. Na wierzchu jest bita śmietana, a drobne wiórki czekoladowe unoszą się niczym drobne brązowe płatki śniegu.
„Dla ciebie” – mówi delikatnie.
Wpatrujesz się w nią.
„Czy muszę zapłacić?”