Gdzieś.
Może na szpitalnym korytarzu.
Może w starym pudełku twojej mamy.
Może w złożonym wycinku z gazety, który trzymała pod poduszką.
Sięgasz po ramkę.
Ochroniarz podchodzi. „Uważaj”.
Zamierasz.
Jennifer szybko wraca. „W porządku, Emmo. To syn pana Blackwella”.
Patrzysz na chłopca.
„Jak mu na imię?”
Jej głos łagodnieje.
„Thomas”.
Czujesz dziwne uczucie w piersi.
Thomas.
Wyszeptujesz imię raz.
Potem twoja ręka sięga do kieszeni płaszcza, mija kanapkę, stare guziki, mały plastikowy amulet, który dała ci mama, aż twoje palce natrafiają na złożoną kartkę papieru, którą nosiłaś od miesięcy.
Nie pokazujesz jej nikomu.
Jeszcze nie.
To ostatnia rzecz, jaką dała ci mama, zanim przestała się budzić.
I jest na niej imię.
Nie Thomas.