Bo po raz pierwszy Diego sprząta jeden z bałaganów, które narobił.
Za późno.
A jednak.
Twoje dziecko wciąż rośnie.
To staje się twoim celem.
Poranne mdłości przechodzą w zachcianki, potem w opuchnięte kostki, a potem w noce, kiedy sen staje się negocjacją z pęcherzem. Malujesz pokój dziecięcy na stonowaną zieleń. Marisol pomaga budować łóżeczko i przez dwie godziny przeklina instrukcje.
Twoja mama pochodzi z San Antonio i napełnia zamrażarkę zupą, zapiekankami i taką ilością tamales, że starczy na przetrwanie klęski żywiołowej.
W dwudziestym tygodniu dowiadujesz się, że urodzisz chłopca.
Płaczesz potem w samochodzie.
Nie dlatego, że jesteś rozczarowana.
Bo przez jedną straszną chwilę słyszysz głos Diego, który mówi, że twój syn nie jest jego, i uświadamiasz sobie, że rana wciąż tam jest.
Twoja matka wyciąga rękę i bierze cię za rękę.
„Twój syn nie jest Diego” – mówi.
Patrzysz na nią.
Ściska twoje palce.
„Nie pozwól, by zły człowiek sprawił, że będziesz się bał wychować dobrego”.
Więc nadajesz mu imię Mateo.
Dar Boży.
Nie dlatego, że twoje życie wydaje się święte.
Ponieważ przeżył okrucieństwo innych ludzi, zanim jeszcze się urodził.
Test DNA przeprowadza się po narodzinach Mateo.
Diego przychodzi do szpitala ze swoim prawnikiem.