„Claire… skąd to wiesz?”
„Nie wiem. Ale obejrzałam wystarczająco dużo policyjnych seriali i wciąż mam odrobinę zdrowego rozsądku”.
Camille się nie roześmiała.
Manon też nie.
Pani Martin uklękła przed nią.
„Wybacz mi, kochanie”.
Manon spuściła wzrok.
„Mówiłaś, że jak się lepiej umyję, to będzie dobrze”.
Nauczycielka zakryła usta dłonią.
„Nie wiedziałam”.
Manon powoli uniosła twarz.
„Nikt nie wie, kiedy nikt nie chce widzieć”.
Te słowa nie wydawały się pochodzić z ust ośmiolatki.
Wydawały się pochodzić od wyczerpanego dorosłego.
I to chyba było najsmutniejsze.
Wkrótce potem przyjechała policja z pracownikiem socjalnym z Child Protective Services.
Miała na imię Elise.
Miała związane włosy, beżowy płaszcz, niebieską teczkę pod pachą, a jej głos był tak spokojny, że nawet Camille przestała drżeć.
Nie pytała Manon, jakby dziewczynka była winna.
Usiadła na podłodze, na jej poziomie.
„Witaj, Manon. Mam na imię Elise. Nie musisz mi teraz wszystkiego mówić. Chcę tylko wiedzieć jedno: czy czujesz się bezpiecznie z tą kobietą?”
Manon pokręciła głową.
Nathalie krzyknęła z korytarza:
„To ja ją karmię! Jej matka ją porzuciła!”
Manon skuliła się.
Elise nawet nie odwróciła głowy w stronę Nathalie.
„Czy twoja matka odeszła, Manon?”