„Mówiłam ci. Powiedziałam, że Manon nie chce już ze mną siedzieć, a ty mi mówiłeś, że zawsze przesadzam”.
Cios spadł.
Bo to była prawda.
Byłam zbyt zajęta pracą, rachunkami, korkami, nieodebranymi wiadomościami, tym dorosłym pośpiechem, który sprawia, że wszystko wydaje się mniejsze, niż jest w rzeczywistości.
Kucnęłam przed Manon.
„Cześć, kochanie. Mam na imię Claire. Jestem mamą Camille. Wszystko w porządku?”
Manon skinęła głową, nie patrząc na mnie.
„Boli cię coś w jakimś miejscu?”
Pokręciła głową.
Ale mocniej ścisnęła torbę szkolną.
Camille puściła moją rękę i stanęła obok niej.
„Mamo, nie pytaj jej tak. Boi się, kiedy zadajemy za dużo pytań”.
Pani Martin szybko interweniowała:
„To pewnie kwestia higieny. Rozmawialiśmy już z rodziną”.
Wyprostowałam się.
„Z kim?”
Mrugnęła.
„Z osobą, która ją odbiera”.
„Jej matką?”
Cisza.
Manon zaczęła drżeć.
To nie był chłód.
W połowie czerwca, na skąpanym w słońcu szkolnym boisku, ta mała dziewczynka drżała, jakby była w środku lodowatej ulewy.
Camille wzięła ją za rękę.
„Porozmawiajmy o tym tornistrze” – wyszeptała.
Manon otworzyła usta.