Kobieta znów się uśmiechnęła, ale jej uśmiech był krzywy.
„Mam na imię Nathalie. Opiekuję się Manon, podczas gdy jej matka gdzieś znika”.
Manon wydała z siebie dźwięk.
To nie był właściwie szloch.
To był ból, który próbował przekształcić się w zdanie.
„Moja mama nie odeszła” – powtórzyła.
Pani Martin podeszła do dziewczynki.
„Manon, kochanie… gdzie jest twoja mama?”
Manon spojrzała na Nathalie.
Nathalie uniosła brew.
To wystarczyło.
Dziewczynka zamilkła.
Camille ścisnęła moją dłoń.
„Mamo, zadzwoń na policję”.
Zawahałam się przez chwilę.
Ze strachu.
Ze wstydu.
Z powodu tego głupiego wychowania, które uczy nas, żeby się nie angażować, nie przesadzać, nie robić scen przed wszystkimi.
Potem spojrzałam na ramię Manon.
Jej rękaw się podwinął.
Pod materiałem widniał ciemny, spuchnięty ślad, otoczony czerwoną skórą.
To nie był zwykły siniak.
To nie był upadek na placu zabaw.