Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Nauczycielka zrobiła krok w moją stronę.
„Claire, nie róbmy scen. Są procedury”.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
„Więc coś musi być nie tak”.
„Nie powiedziałam tego”.
„Ale ty też nie mówisz, że nic się nie stało”.
Właśnie wtedy rozległ się głos przy bramie.
„Manon!”
Dziewczynka skuliła się.
Całe jej ciało się skurczyło.
Przyszła kobieta w okularach przeciwsłonecznych na nosie, z czerwonymi paznokciami i twardym uśmiechem.
Nie wydawała się zmartwiona.
Wyglądała, jakby przyszła odzyskać to, co do niej należało.
„Chodźmy” – rozkazała.
Manon się nie ruszyła.
Camille stanęła przed nią.
Moja ośmioletnia córka, w podartych rajstopach i krzywo spiętej spince do włosów, stała jak mur.
„Nie zabierzesz jej ze sobą”.
Kobieta zaśmiała się ostro.
„A kim ty jesteś, bezczelna mała istotko?”
Wstałam.
„Jestem matką jednej z koleżanek Manon z klasy. Jesteś jej matką?”
Jej uśmiech zniknął.
„To nie twoja sprawa”.
Pani Martin nerwowo wyszeptała moje imię.
Kobieta chwyciła Manon za ramię.