Camille objęła ją ramionami.
„Spójrz na moją spinkę do włosów” – powiedziała cicho. „Jest krzywo, prawda?”
Manon zamrugała, zdezorientowana.
„Tak.”
„Moja mama zawsze ją krzywo zakłada, kiedy się spieszy.”
O mało nie zaprotestowałam.
Wtedy zrozumiałam.
Camille przyprowadzała tu Manon z powrotem.
Wyciągała ją ze strachu dziecinnym aktem głupoty.
Pani Martin otworzyła gabinet dyrektora i zaprowadziła nas troje do środka.
Dyrektor poprosiła pozostałych rodziców o wyprowadzenie dzieci.
Na zewnątrz Nathalie krzyczała, że wszyscy tego pożałujemy.
W pokoju unosił się zapach zimnej kawy, wilgotnego papieru i płynu do dezynfekcji rąk.
Manon usiadła na małym krzesełku.
Wciąż trzymała w ręku tornister, ale nie mogła już dłużej ukrywać tego, co było w środku.
Plastikowa torba leżała na biurku dyrektora, zapieczętowana i nietknięta.
„Niech nikt jej nie dotyka” – powiedziałem. „To może być dowód”.
Dyrektorka spojrzała na mnie, jakby odkrywała, że nie jestem tylko tą zmarłą matką, która zawsze przychodziła zdyszana pod koniec dnia.
szkoła.