„To aż na górę”.
Pokój znajdował się na poddaszu.
Wspinaliśmy się wąskimi schodami, zawalonymi workami na śmieci, starymi rowerami, otwartymi kartonami i porzuconymi butami.
Każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyłem kłódkę.
Za drzwiami.
Policjant wyważył drzwi.
Dźwięk uderzył w nas jak ceglana ściana.
Zgiąłem się wpół.
To był ten sam zapach, co w torbie szkolnej.
Ale silniejszy.
Bardziej zamknięty.
Bardziej żywy i martwy jednocześnie.
W środku, pod okapem, znajdował się mały pokój.
Kuchenka elektryczna.
Chwiejący się stół.