„Z moją mamą. Nathalie przyjechała, bo tata ją przywiózł”.
„A twój tata?”
Manon ściszyła głos.
„Poszedł załatwić papierkową robotę. Powiedział, że jeśli wszystko się ułoży, nie będę musiała już chodzić do szkoły”.
Camille spojrzała na mnie.
Zrozumiałam to samo, co ona.
To nie była tylko przemoc.
Było gorzej.
Policja odizolowała Nathalie.
Poprosili ją o dowód osobisty.
Podała imię.
Potem kolejne.
Potem odmówiła rozmowy.
Elise zadzwoniła do wydziału ds. nieletnich.
Odwołano festyn szkolny.
Naleśniki wystygły, sok jabłkowy zrobił się letni, balony pozostały na płotach, a dzieci wychodziły z rodzicami wśród ciężkich szeptów.
Nikt już nie powiedział, że Manon „brzydko pachnie”.
Teraz każdy pachniał własnym tchórzostwem.
Zadzwoniłam do męża, Julien.
Przyjechał na skuterze, z kaskiem w ręku, w pogniecionej koszulce i twarzą bladą ze zmartwienia.
„Co się dzieje?”
Camille podbiegła do niego.
„Tato… Manon uratowała mamę koszulką”.
Julien nie rozumiał.
Ja też nie, jeszcze nie do końca.
Ale nie zadawał zbędnych pytań.