Poczułam zimny ucisk w żołądku.
„Co wymyśliłam?”
Moja córka spojrzała na Manon.
Manon nie płakała.
To mnie najbardziej przerażało.
Nie płakała.
Jej oczy były po prostu nieruchome, martwe, jakby ośmiolatka już wiedziała, że proszenie o pomoc nie ma sensu.
„Na lekcji wszyscy mówią, że Manon śmierdzi” – kontynuowała Camille. „Ale to nie zapach kogoś, kto się nie myje. To zapach mięsa zostawionego w lodówce, gdy zabraknie prądu”.
Śmiech wokół nas ucichł.
Nauczycielka przestała się uśmiechać.
Po raz pierwszy naprawdę spojrzałam na Manon.
Kołnierzyk jej bluzy był wilgotny.
Jej włosy nie były po prostu rozczochrane; były posklejane w dziwne kępki.
A pod jej rękawem, kiedy za mocno pociągnęła za tornister, zobaczyłam fioletową plamę.
„Camille” – zapytałam powoli – „od jak dawna tak się zachowuje?”
„Od poniedziałku”.
Był piątek.
Ścisnęło mnie w gardle.
„A dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś?”
Córka przygryzła wargę.