Uklęknął przed naszą córką.
„Wszystko w porządku?”
„Nie wiem”.
Mocno ją przytulił.
Élise pozwoliła mi iść z drużyną, bo Manon nie chciała puścić mojej ręki.
Camille też chciała iść.
Odmówiłam.
Julien też.
Ale moja córka została na środku gabinetu dyrektora, z tym uporem, który irytował mnie niektórymi porankami i który tego dnia sprawił, że bałam się, że ją kiedyś stracę.
„Manon musi zobaczyć, jak wracam” – powiedziała. „Bo Nathalie powiedziała, że nikt nie wróci”.
Élise zgodziła się, żeby Camille została w samochodzie z Julienem, bez wchodzenia do budynku.
Zgodziłem się.
To nie było idealne.
Nic nie było.
Kiedy dotarliśmy do Saint-Denis, zaczynał zapadać zmierzch.
Umeblowany hotel miał szarą fasadę, zniszczone okiennice, martwe rośliny na parapetach i drzwi, które skrzypiały, zanim się ich dotknęło.
Z sąsiedniej restauracji unosił się zapach zimnego, smażonego jedzenia.
Na ulicy mężczyzna pchał wózek pełen kartonów.
Manon zwinęła się w kłębek na siedzeniu.