Po raz pierwszy odkąd weszłaś, widzisz, jak prawie się załamała.
Prawie.
Potem odzyskuje równowagę, bo kobiety takie jak Mariana nauczyły się, że płacz to strata czasu, kiedy trzeba podać lekarstwo.
„Powinieneś jeść” – mówi do Rafaela.
On cicho się śmieje.
„To jej odpowiedź na wszystko”.
„Bo nigdy nie słuchasz, dopóki nie ma jedzenia” – mówi.
Czułość między nimi rani cię.
Nie dlatego, że jest zła.
Bo prawie ją zniszczyłaś.
Carmen patrzy na szczupłą twarz Rafaela.
„Mi niño, dlaczego nie pozwoliłaś nam przyjść?”
Jego oczy twardnieją z bólu.
„Słyszałaś, co powiedziała na weselu”.
Carmen się wzdryga.
„Powiedziałaś kobiecie, którą kochałam, że nigdy nie usiądzie przy twoim stole. Potem Papá powiedział mi, że mogę wrócić do domu, kiedy przestanę zachowywać się jak idiotka”. Lekko odwraca głowę w twoją stronę. „Więc zbudowałem swój dom gdzie indziej”.
Spuszczasz wzrok.
Pamiętasz te słowa.
Pamiętasz, jak wypowiadałeś je w gniewie, otoczony krewnymi, którzy kiwali głowami, bo duma jest zaraźliwa, gdy podaje się ją z kawą.
Teraz twój syn leży w wąskim łóżku, a twoje słowa siedzą obok niego jak niezapłacony dług.
„Myliłem się” – mówisz.
Rafael patrzy na ciebie.
Przeprosiny są zbyt małe.