„W takim razie jedziemy jutro”.
„Nie” – mówi.
Patrzysz na nią.
„Dziś w nocy odpoczywa. Jutro porozmawiamy. Nie przyjdziecie przebrani za żebraków, nie odkryjecie prawdy i nie przejmiecie kontroli przed wschodem słońca”.
Carmen wygląda na zszokowaną.
Ale nie jesteś.
Po raz pierwszy jesteś wdzięczny, że Mariana jest wystarczająco silna, by cię powstrzymać.
„Masz rację” – mówisz.
Przygląda ci się, podejrzliwie co do twojego posłuszeństwa.
Dobrze.
Powinna.
Prosisz o krzesło w korytarzu.
Mariana marszczy brwi.
„Dlaczego?”
„Bo nie wyjdę”.
Carmen szybko kiwa głową.
„Ja też nie”.
Twarz Mariany napina się.
„To nie jest przedstawienie”.
„Nie” – mówisz. „To początek, jeśli na to pozwolisz”.
Spogląda w stronę Rafaela.
Już zasypia, jedną ręką spoczywa na kocu, a obrączka luźno oplata jego chudy palec.
Mariana wzdycha.
„W kuchni są dwa krzesła”.
To wszystko, co ci daje.
To jak litość.